20 lat żeglowania na „Rzeszowiaku” – jachcie rzeszowskich żeglarzy

Z Bogdanem Bednarzem – wiceprezesem Rzeszowskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego ds. morskich
i Jerzym Wróblem – byłym wiceprezesem ROZŻ ds. morskich
rozmawia
Zbigniew Sokół - honorowy prezes ROZŻ (prezes związku w latach: 1980-2005)
 
Z Rzeszowa nad morze mamy daleko, ale jacht morski Rzeszowiak pływa zarówno po Bałtyku, jak i wielu innych dalekich akwenach na całym świecie. Trudno w to uwierzyć, ale w ubiegłym roku nasz ukochany jacht skończył 20 lat. 
 
Drodzy Koledzy, już niebawem nasz ukochany rzeszowski jacht morski rozpocznie swój 21-szy sezon. W jakim jest stanie? Jak minął ten ostatni rok? 
B.B. – Po zakończeniu sezonu nawigacyjnego jacht został wyciągnięty z wody i zabezpieczony do zimowania - spód został umyty z wodorostów i skorupiaków, przyrządy zdemontowano, urządzenia elektryczne (rozrusznik, alternatory, pompy) już w większości zostały serwisowane i czekają na wiosnę. Żagle przywieziono do Rzeszowa, rozłożono w suchym pomieszczeniu, a materace i pokrowce oddano do czyszczenia. Muszę powiedzieć, że żagle są w dobrym stanie, kadłub z zewnątrz również. To efekt naszych ubiegłorocznych inwestycji - piaskowania dna jachtu i uszycia nowych żagli. Jest natomiast trochę prac wewnątrz jachtu i przy silniku.
Czy tej zimy były konieczne remonty i naprawy? 
B.B. - Zdemontowany został główny zbiornik paliwa, który rozszczelnił się na początku sezonu. Wymagało to demontażu ścian wewnętrznych. Pod zbiornikiem jest wielka plama rdzy. Poza tym na uszczelnienie czeka cieknąca skrzynia przekładniowa, być może naprawa wału napędowego. Jak zwykle większość prac musimy wykonać sami  - czyli w cztery osoby: Janusz Świętoniowski, Rysiek Prawdziuk, Bruno Terlecki i ja (B. Bednarz). Ale nie wiem, czy faktycznie wszystko damy radę zrobić. Pieniędzy na zakupy na razie brak. To pokłosie sytuacji pandemii - jacht mało pływał w tym sezonie i mało zarabiał, a perspektywa na przyszły sezon jest dość blada.
No właśnie, pandemia… Plany na miniony sezon były bardzo ambitne, ale na początku zeszłego sezonu nikt nie spodziewał się światowej inwazji koronawirusa. Co udało się zrealizować w tym „pandemicznym” sezonie, a czego nie?
B.B.- Plany były bardzo ambitne: Antarktyda, opłynięcie Hornu, kanały Patagonii. Przygotowanie jachtu planowano pokryć z wpłat od uczestników poszczególnych etapów. Niewiele z tego wyszło bo prowadzący rezygnowali z dalszych etapów - jak się okazało, słusznie. Jacht nigdzie dalej nie mógłby już popłynąć ze względu na obostrzenia w poszczególnych krajach - porty i mariny nie przyjmowały jachtów. Mimo wszystko zrealizowanych zostało kilka początkowych etapów Gdańsk - Amsterdam – Brest i stąd powrót do Gdańska i Górek Zachodnich. W wielu portach Rzeszowiak pojawiał się jako pierwszy polski jacht w sezonie (Kalmar, Oslo, Amsterdam). Na Jersey (Wyspy Normandzkie) był prawdopodobnie jedynym jachtem w całym sezonie.
Wróćmy do początków naszego Rzeszowiaka. 20 lat temu ziściło się marzenie wielu rzeszowskich żeglarzy. Pamiętacie rozmowy o tym jachcie, pamiętacie, kto pierwszy wpadł na ten pomysł i kto pierwszy uwierzył, że Rzeszowiak może wyjść ze sfery marzeń i naprawdę wyruszyć w rejs?
J.W. Pamiętam, że ilekroć ktoś lub jakaś załoga wracała z rejsu, to wszyscy mówili o budowie jachtu morskiego. Te rozmowy miały miejsce na spotkaniach, obozach, przy ogniskach, w barach. Trudno się wtedy było dostać na rejs, stąd te nasze marzenia o własnym jachcie.
Pamiętacie, że w 1979 r. na Jeziorze Solińskim zwodowaliśmy, po remoncie, okręgowego Folkboata – drewniany jacht zatokowy pozyskany z ośrodka PZŻ w Trzebieży? W tym czasie  wokół Jurka Suwały skupiła się grupa młodych żeglarzy, których celem była właśnie budowa jachtu morskiego. Pojechaliśmy do Puław, gdzie grupa zapaleńców wybudowała jacht typu Horn-30 s/y „Czartoryski”. Udowodnili, że daleko od morza można zbudować jacht morski. ROZŻ zakupił wtedy dokumentację jachtu Horn-40. Ale nasz zapał został ostudzony przez część działaczy Zarządu ROZŻ, którzy sprzeciwili się budowie oraz przez sytuację społeczno-polityczną na początku lat 80-tych. 
Dopiero, kiedy na Sejmiku w 1980 r. młodzi ludzie wybrali Ciebie Zbyszku na Prezesa ROZŻ, idea budowy odżyła. Najbliższe lata pokazały, że wszystko jest możliwe – trzeba tylko chcieć i mocno wierzyć w końcowy sukces. Podjęliśmy wtedy przygotowania i działania organizacyjne do podjęcia budowy. Pamiętam taką dyskusję w messie jachtu „Leonid Teliga” po powrocie z rejsu na Morze Północne, gdzie w trakcie morskich opowieści padło postanowienie - „inni budują - to my też możemy”. 
I właśnie tak powstała nieformalna grupa budowniczych jachtu. Początkowo ROZŻ podjął decyzję o budowie stalowego jachtu typu Rigiel, a potem zdecydowano, że będzie to nieco mniejszy jacht typu Bruceo. Tak ja to pamiętam. 
Powstał Społeczny Komitet Budowy Jachtu Morskiego.
J.W. Tak. Do objęcia przewodnictwa w Komitecie udało się przekonać Zenona Cyprysia – ówczesnego Sekretarza KW PZPR. Ty /Z. Sokół/ jako Prezes ROZŻ i Wiceprezydent Rzeszowa byłeś wiceprzewodniczącym a Marian Wilusz sekretarzem. W skład komitetu wchodzili m. im. dyrektorzy rzeszowskich zakładów – Władysław Piłat /Z.Ch. Sarzyna/, Andrzej Skarbek /Instal Rzeszów/, Marian Burda /RPRE/, Marian Marcinowski /Centrala Rybna/, Włodzimierz Bylinowski /Remstal/, firmy Zelmer Rzeszów, biuro podróży Almatur Rzeszów oraz inni, których nazwisk już nie pamiętam. W ramach komitetu działała tzw. Grupa robocza w składzie: Z. Sokół, Jarek Pawlak, Lech Machniak, Janusz Bukowski, Janusz Majnusz, Zbyszek Chodziński, Wiesław Krymski, Wanda Jędrusiak, Staszek Mytych, J. Wróbel, okresowo: Marian Wilusz, Włodek Bylinowski, Tadek Okła, Leon Dwornikowski, Józek Dziadosz, Staszek Godek, Edek Szajna, Jurek Petryczkiewicz, Józek Terlecki, Tomek Grzybek, Jurek Drozdowicz i inni.
Jak dobrze pamiętam, to kadłub jachtu budowany był w Zakładzie Konstrukcji Stalowych w Leżajsku – oddziale rzeszowskiego „Instalu”.
J.W. Powstawał rękami Marka Kuprasa, Staszka Stępnia i Edka (nazwiska nie pamiętam). Kadłub został pospawany, sprawdzony na szczelność, wypiaskowany i pomalowany.
Z dzisiejszej perspektywy widać bardzo wyraźnie, że na przełomie lat 80 i 90-tych ub. wieku, czyli w okresie przemian ustrojowych w naszym kraju, nie było najlepszej atmosfery do budowy jachtu morskiego.
J.W. Zdecydowanie nie! Trudno było zarówno o zdobycie środków finansowych, jak i o same zakupy. Dobrze pamiętam, że pieniądze, które zgromadziliśmy, w tym wkłady dewizowe, stale traciły na wartości. Oczywiście powodowało to spowolnienie prac budowlanych. W 1991 r. kadłub jachtu przywieziono do Rzeszowa, ale zapał części działaczy ostygł i tylko niewielka grupa nie traciła wiary w zakończenie budowy i interesowała się jachtem, to byłeś Ty, ale też: J. Wróbel, Lech Machniak, Jarek Pawlak, Janusz Majnusz. 
W kolejnych latach dokonano korekty prac spawalniczych, przeprowadzono odbiór PRS kadłuba, wykonano projekt zabudowy wnętrza jachtu. Wszystko trwało bardzo długo.
W 1998 r. na wiosnę jacht został przewieziony do Gdańska do stoczni „Kaper” Ryszarda Cissowskiego. Tam odbywały się dalsze prace: zabudowa wnętrza, montaż instalacji, zabudowa silnika z przekładnią i linii wału napędowego. 
W sierpniu 2000 r. pojechaliśmy z Jarkiem Pawlakiem do Gdańska gdzie we dwójkę przez prawie 2 miesiące bardzo ciężko pracowaliśmy w basenie górniczym portu gdańskiego, aby doprowadzić do zwodowania jachtu. Następnie jacht na silniku przepłynął do stoczni „Chacewicz” gdzie postawiono maszty, założono takielunek i prowadzono dalsze prace wyposażeniowe. 
No i wreszcie 16 września 2000 r. jacht przepłynął do Jachtklubu Stoczni Gdańskiej na uroczystość podniesienia bandery i chrztu morskiego.  
Podsumowując: decyzję o budowie jachtu morskiego podejmowaliśmy wtedy, gdy dostanie się na rejs morski graniczyło niemal z cudem, to była zupełnie inna sytuacja niż ta, z którą mamy do czynienia dzisiaj. Budowa przebiegała w bardzo trudnym okresie transformacji ustrojowej i gospodarczej. Jacht budowano ze środków własnych wypracowanych przez żeglarzy, a w budowie i zakupach wyposażenia pomagały rzeszowskie przedsiębiorstwa. Powstał jacht stalowy, typu Bruceo, kecz (2-masztowy), długości 14,72 m, szerokości 3,88 m, powierzchni żagli – 80 m2. Jacht ostatecznie wyposażony został w silnik pomocniczy Krab, środki bezpieczeństwa, komunikacyjne i nawigacyjne. Może na nim pływać 10 osób
Wspomniałeś 16 września 2000 r. - dzień chrztu morskiego  jachtu „Rzeszowiak” – to wielka data dla wszystkich rzeszowskich żeglarzy, ale dla Ciebie Jurku szczególnie, bo poświęciłeś temu jachtowi wiele serca.
J.W. To prawda. Uroczystość podniesienia bandery i chrztu morskiego jachtu była ukoronowaniem 12-letniego okresu jego budowy. Ojcem chrzestnym jachtu był kpt. Henryk Jaskuła z Przemyśla – jeden z najsłynniejszych polskich żeglarzy a Matką chrzestną Agnieszka Bącal – ówczesna mistrzyni województwa w żeglarstwie regatowym.
Dla mnie była to bardzo wzruszająca chwila, bo rzeszowscy żeglarze zobaczyli wtedy, jak wygląda jacht, o którym tak długo marzyliśmy i o nim rozmawialiśmy, wszyscy mogli się wtedy przekonać, że niedługo nasz Rzeszowiak zacznie żeglować, że warto było podejmować trud budowy. Oczywiście czekały nas wtedy jeszcze próby stateczności, próby w morzu, uzyskanie niezbędnych dokumentów, licencji i zezwoleń. 
Uważam, że zbudowaliśmy jacht bezpieczny i dzielny, bardzo dobrze wyposażony w środki bezpieczeństwa, łączności, nawigacyjne. Jacht, który nigdy nie zawiódł swojej załogi. Oby dalej żeglował bezpiecznie i zawsze bezpiecznie wracał do portu.
  
Powiedzcie proszę, jak wykorzystywano jacht przez te lata. Ile szacunkowo osób żeglowało? Jakie były najciekawsze i najtrudniejsze rejony żeglugi, jakie były najlepsze rejsy?
J.W. – Opiekowałem się Rzeszowiakiem przez 10 lat. Jacht pływał wtedy zarówno w rejsach stażowo-szkoleniowych jak i dłuższych wyprawach, głównie po Bałtyku, czasem na Morze Północne, raz odwiedził Islandię. Organizowano kilkanaście rejsów w roku z pełnymi załogami. W 2003 r. jacht po raz pierwszy brał udział w międzynarodowej imprezie „Operacja Żagiel”.
B.B. – Ja jachtem  zacząłem się zajmować w 2011 r. Pierwszy rejs Rzeszowiakiem poprowadziłem  w październiku tego roku - płynęliśmy na Bornholm. Podczas wchodzenia do malutkiego Allinge silnik nagle przestał pracować, czekała nas ucieczka w morze na żaglach i desperackie próby uruchomienia silnika przy wietrze 7B. Okazało się, że przewody paliwowe zostały zablokowane zanieczyszczeniami z paliwa, które zaradni poprzednicy kupili z niewiadomego źródła. W następnym sezonie całą wiosnę czyściłem ten cały układ.
Wcześniej w 2011 jacht został wypożyczony grupie zewnętrznej, która zorganizowała etapowy rejs na Spitsbergen. Rejs został zakończony sukcesem propagandowym, niestety, jacht otrzymaliśmy w złym stanie. Po czasie okazało się, że wszedł na mieliznę. Skutki były takie: rozerwany kil, osłabiony ster , uszkodzone zbiorniki, zęza cały czas pełna wody szarej, spalone urządzenia elektryczne i nawigacyjne. 
Od sezonu 2012 jacht pływał w etapowych rejsach m.in. na Grenlandię, Spitsbergen, Pentland Firth,  Kanał Białomorski, Azory. Stał się jachtem wyprawowym, choć technicznie brak mu dużo do takiej klasyfikacji. Ale Rzeszowiak jest za to dzielny i bezpieczny. Szczególnie ostrożny dobór kapitanów pozwolił na zrealizowanie tych wypraw. W mojej ocenie właśnie te wyprawy były najlepszymi rejsami „Rzeszowiaka” - pływał daleko, w trudne rejony, gdzie polskie jachty docierały rzadko i z wielkim rozgłosem. My pływaliśmy raczej cicho i bez reklamy. Na jachcie pływało rocznie około 100 - 120 osób. Prowadzący rejsy kapitanowie zdobywali czołowe miejsca w podkarpackim konkursie „Rejs roku” organizowanym corocznie w ramach „Dni Kultury Marynistycznej”. Ale wyróżnienia były oczywiste - nie było wówczas praktycznie konkurencji.
Były też rejsy tragiczne. Wszyscy dwukrotnie przeżywaliśmy bardzo ciężkie chwile po otrzymaniu sygnału o wypadku. Zginęli nasi najbliżsi koledzy.
J.W. – Niestety. W wypadkach morskich jachtu w roku 2005 na Bałtyku i w roku 2012 na Atlantyku w okolicach Wysp Owczych, zginęli dwaj nasi koledzy – budowniczowie jachtu: Staszek Mytych i Lech Machniak. W obu wypadkach jacht uległ uszkodzeniu. 
Według mojej oceny były to tragiczne sploty okoliczności. Obydwoma wypadkami zajmowała się Izba Morska. Orzeczenia Izby Morskiej w tych sprawach są do wglądu w Biuletynie Izby Morskiej. W Orzeczeniach nie było zarzutów dot. stanu technicznego jachtu i wyposażenia, które mogłyby mieć wpływ na wypadki. 
W 2008 roku jacht wszedł na mieliznę po wyjściu z portu w Łebie. Był to błąd kapitana, który nonszalancko potraktował warunki pogodowe na wyjściu w morze. 
20 lat to rocznica, którą warto celebrować. Jak uczczono jubileusz jachtu? 
J.W. – Rzeszowski Okręgowy Związek Żeglarski zorganizował spotkanie żeglarzy, którzy brali udział w budowie jachtu i tych, którzy obecnie pływają i się nim opiekują. Było sporo wspomnień ale też wszyscy mogli się zapoznać z aktualnymi problemami eksploatacji jachtu i oglądnęliśmy filmy z ostatnich ciekawych rejsów.
B.B. - 20 rocznica chrztu była okazją do, być może ostatniego, spotkania w większym gronie budowniczych jachtu. Wszyscy byli wyraźnie wzruszeni. Cieszę się z pomysłu na zorganizowanie tego jubileuszu, bo spotkanie było okazją do wspominek z trudnych czasów budowy, a jednocześnie dało budowniczym poczucie, że ich trud nie został zmarnowany. Przecież znaleźli się następcy utrzymujący jacht w dobrej kondycji. Oby jak najdłużej. 
Jakie są plany na przyszły sezon? Miejmy nadzieję, że pandemia ulegnie zahamowaniu.
B.B. - Trudno cokolwiek planować, jeśli nie wiadomo, co będzie osiągalne. Daleka wyprawa nie wchodzi w rachubę, ale krótkie etapy być może uda się zorganizować, kiedy ustabilizują się warunki dostępności poszczególnych państw, rejonów i portów. 
Mimo wszystko jestem dobrej myśli. Nigdy nie było łatwo, ale osiągaliśmy zamierzone cele. Rzeszowiak daje nam wiele radości i swobody, warto poświęcić mu czas. Wierzę, że jeszcze dowiezie nas do wielu wspaniałych miejsc.
 
Na stronie internetowej ROZŻ pojawiła się informacja o ew. udziale Rzeszowiaka w największej imprezie żeglarskiej na Bałtyku – The Tall Ships Races 2021 /Operacja Żagiel/ – zlocie największych żaglowców z całego świata.
 
B.B. Tak, bardzo chcielibyśmy, aby Rzeszowiak wziął udział w tym wydarzeniu. Byłaby to znakomita okazja do zaprezentowania naszego jachtu i stworzenia możliwości żeglugi dla ludzi młodych – pracujących, studentów i uczniów, do których impreza ta jest przede wszystkim kierowana.
Flota Tall Ships wraca w tym roku na Morze Bałtyckie. Impreza planowana jest w dniach od 26 czerwca do 3 sierpnia. Rozpoczyna się w Kłajpedzie /Litwa/. Kolejne porty na trasie rejsów i rozgrywanych 3 wyścigów to Turku /Finlandia/, Tallinn /Estonia/, Mariehamn /Wyspy Alandzkie/. Zakończenie w Szczecinie.
Zarząd ROZŻ zwraca się z apelem do żeglarzy i sympatyków żeglarstwa o przekazanie 1% podatku. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na prace remontowe Rzeszowiaka.
 
Dziękuję za rozmowę. Życzę dużo zdrowia i wielu wspaniałych rejsów.
 
Zbigniew Sokół
grudzień. 2020 r., luty 2021 r. /popr./